Idealny świat
Pewnego poranka znów obudził go znajomy dźwięk, telefon dzwonił i nie miał ochoty przestać. Wyrwany z objęć Morfeusza, nadal w połowie trwając w tym stanie, odebrał, nie znal tego głosu, a może po prostu nie chciał go poznawać. I tak było już zbyt późno. Stalo się, to co miało się stać, dogoniły go demony z przeszłości, te przed którymi starał się uciec choćby na koniec świata. Ucieczka przed tym gatunkiem demona jest jak spacer po schodach ruchomych w kierunku przeciwnym. Niby idziesz, ale bardziej stoisz w miejscu. Kilka prostych slow, szybka wymiana zdań i już wiedział, był pewien, ze to co będzie miało nastąpić w niedalekiej przyszłości, będzie początkiem jego końca. Zbudował tamę, by odgrodzić się od przeszłości, by utrzymać spieniona wodę złych myśli z dala od siebie, ale ten telefon, ten dźwięk, znajomy choć już tak odległy ton głosu, ta barwa, te parę slów sprawiło,ze szczelna tama zaczęła przeciekać. Pojawiła się na niej szczelina, przez którą kropla po kropli do jego idealnego świata, zaczęły sączyć się złe myśli. To tylko kwestia czasu, godzin, być może dni, na pewno nie miesięcy, by ta szczelina się powiększyła. Z małej rysy stała się dziurą, by napór stał się nie do zniesienia i by to co zbudował legło w gruzach, pozwalając by brudna woda zalała i zabrała to co do tej pory zdarzył zbudować.. On, cóż on mógł teraz począć, prócz biernego czekania by nieuniknione stało się faktem, po prostu usiądzie i będzie czekał, będzie patrzył jak śmiercionośna ściana wody znów zniszczy jego świat. Po tym jak woda opadnie, odczeka i zacznie budować po raz kolejny. Kolejny raz poskłada swój świat i po raz kolejny będzie miał nadzieje,chorą wręcz masochistyczną nadzieje, że tym razem uda się obronić świat przed kolejnym zalaniem. Wstał zrobił sobie kawę, udając ze nic się nie stało, powtarzał codzienne rytuały,tak jak robił to wczoraj, tak jak zrobi to jutro. Lecz gdzieś tam w umyśle już kiełkowały myśli, czemu odebrał ten telefon? Starał się wyglądać normalnie, starał się...żyć normalne. Lecz chyba nigdy nie potrafił... Powoli uświadamiał sobie, że prędzej czy później i tak by to nastąpiło, miał nadzieje, że może jednak, że może tym razem, a może po prostu miał nadzieje, taka cicha skromna, schowaną gdzieś na dnie serca. Taka nadzieja jest najgorsza, nigdy nie opuszcza i wprowadza w stan zawieszenia. Cieszył się z kolejnego dnia, bez katastrofy, ale to się skoczyło. Zakończył to dźwięk telefonu, niczym daleki grom zwiastujący burze. I nie ważne jak mocno by się trzymał, codziennej rutyny, jak ciężko by pracował nad utrzymaniem tamy w świetnym stanie, ta burza i tak by przyszła. Pewna część jego duszy, umysłu, chciała, czekała na to. Wręcz cieszyła się z jej nadejścia... pewna destruktywna część chciała tego. By znów mogła zasiąść na tronie jego życia i rządzić nim, popchnąć go do autodestrukcji, przyciągnąć tak jak płomień przyciąga ćmę tuz przed tym jak ją spali. Tylko kto tak na prawdę był ćmą? Kto kogo przyciąga do siebie? Na to pytanie chyba nigdy nie poznamy odpowiedzi. Dopił kawę i wyszedł do pracy zostawiając za sobą już stary, nowy idealny świat....
Komentarze
Prześlij komentarz